Na poczatek skladam wszystkim spoznione zyczenia noworoczne, Szczesliwego NOwego, 2009 Roku ! Moj Sylwek spedzilem tak sobie, zrobilem se salatke owocowa w ilosci 42 kilogramow ;-) i spozywalem ja przez 2 godziny, hehe. Spac i tak nie moglem, bo banda wylegujacych sie w Hampi izraelitow halasowala jak choroba.
W zasadzie to wspomne o Hampi z perspektywy dosc odleglej - jestem w odleglym o jakies 300km Bijapurze - ale niestety pewne czynniki zadecydowaly, ze Hampi to najgorsze miejsce jakie do tej pory odwiedzilem pomimo faktu, ze wszyscy napotkani je zachwalali. Dlaczego ?
Po pierwsze: wszechobecne hinduskie zdzierstwo i cwaniactwo najgorszego sortu, poczawszy od zawyzonych cen noclegow, a skonczywszy na pierdolach typu cena wody pitnej o 5 rupii wyzsza niz drukowana na butelce M.R.P (wprowadzili to zeby ukrocic troche cwaniackie zapedy sprzedawcow, oznacza to Maximum Retail Price, czyli maksymalna cene detaliczna). Ci po drugiej stronie barykady, czyli bialasy, tez nie lepsi. Ogromna wiekszosc to leniuchy telepiace sie tutaj prosto z Goa tylko po to, by przesiadywac w osrodkach i sie lenic, wciagac swoje europejskie zarcie, na to chipsy i popijac cola. Powiem wiec tak: kto byl 2 tygodnie w Goa, potem 2 tygodnie w Hampi (i nawet nie wie gdzie jest Vittala Temple) niech nie mowi, ze byl w Indiach. Byl ylko powylegiwac sie na plazy i potem w kawalku cichego, choc zdzierskiego az po granice rozsadku miejsca. To cos jak Michael Jackson, ktory sypial w namiocie tlenowym, zeby go zarazki nie atakowaly. Dziekuje za takie Indie. Indyjskie zarcie mi snakuje i bede je wciagal (oczywiscie zachowujac warunki bezpieczenstwa) i nie bede zwazal na przejsciowe problemy trawienne (nbotabene pierwszxe powazniejsze pojawily sie wlasnie w przereklamowanym Hampi, ale odpowiednia dawka wegla zalatwila sprawe :-).
Oki, to tyle uzalania sie. Teraz o dobrej stronie Hampi. Rowera przedwczoraj pozyczylem na caly dzien i pojechalem ze 20 kilometrow lewa strona jezdni, jak hinduski Bog przykazal. Nie wzialem niestety zatyczek do uszu, a wiadomo ze oni uwielbiaja uzywac klaksonow jako swoistego jezyka do porozumiewania sie. Rower mial wielce wymowna nazwe Thriller i faktycznie jazda nim przyprawiala o dreszcze: ciezki jak choroba, z lekko mocno krzywym kolem tylnym, co wymagalo delikatnej korekty mojej techniki jezdzenia rowerem. W kazdym razie calo dojechalem do Vittala Temple, obejrzalem co trzeba, slynny kamienny powozik (swiatynie Garudy) rowniez, potem pojechalem sobie obejrzec ow opisany w przewodniku most, co to niby juz, juz mial byc skonczony w momencie wydania przewodnika. No i sie zdziwilem, bo w moscie posrodku byla wieelka dziura, przy ktorej jeden gosciu niespiesznie cos sobie spawal, trzech innych lopatkami wybieralo piasek gdzies z brzegu i sobie go nosilo w inne miejsce, jeszcze inny sobie przenosil druty zbrojeniowe z miejsca w miejsce... Prawdziwie hinduskie, imponujace tempo pracy. "Robota idzie z gazem, panie kolego" chcialoby sie powtorzyc za Bareja :-).
No ale oczywiscie jest zastepczy srodek transportu: magiczne lodki o kolistym ksztalcie, zrobione z badyli babbusowych i jakiejsc nasmolowanej tkaniny. Jakkolwiek wyglada to na cos, co zatonie w ciagu najblizszych 3 minut, Hindusy laduja na to 3 motory (na raz), wraz z posiadaczami, do tego ze 6 osob i jedziemy na drugi brzeg. Do tego lodki delikatnie przeciekaja i co kilka rundek mistrz kubelkowy bierze kubelko i wybiera wode z dna. Ale to wszystko jakos nikogo nie stresuje: ani posiadaczy owych narazonych na niebezpieczenstwo motocykli, ani pozostalych pasazerow (a podobno kilka kilometrow w gore rzeki stacjonuja krokodyle, hhihi). Przeprawilem sie wiec tym niezwyklym czyms na drugi brzeg rzeki do wioski Anegundi, pochodzilem troche p wiosce, ogluszony okrzykami dzieciakow "Hi", "how are you", "Coin", "Pen" i jeszcze z 15 mutacji tego samego. Do Hanuman Temple niestety byla za daleko, a rower zostal na przeciwnym brzegu. Wrocilem wiec na "moj" brzeg rzeki i rozpoczoalem powrot do Hampi. Niestety w drodze powrotnej zlapalem gume, ale jako ze zaczynam juz troche kombinowac po hindusku, to podpytalem miejscowych gdzie mi to naprawia, powiedzieli mi, ze jakis kilometr jest do wioski, gdzie mistrzu zlota raczka mi to zrobi za 10 rupii. Mala dygresja tutaj: rikszarza lepiej nie pytac gdzie cos jest, bo on zasadniczo nie odpowie gdzie znajduje sie interesujace miejsce, a poda cene, za jaka nas tam moze zawiezc. Wiec z pytania rikszarzy mozna zazwyczaj zrezygnowac, no chyba ze nie ma nikogo innego w okolicy. Zeby bylo smieszniej suma podana przez rikszarz, gdy tylko zobaczyl moje przebite kolo, urosla do niebotycznych rozmiarow 200 rupii :-). Usmialem sie wiec tylko i poszedlem sobie pieszo dalej (wyrzuciwszy uprzednio resztki szacunku i zaufania do rikszarzy do kosza). Pan mistrzu zlota raczka to byl klasyczny muzulmanin w malej bialek czapeczce na glowie. Malomowny, ale fachura: naprawil detke w 10 minut, bez zdejmowania kola. Do tego nie probowal zrobic interesu zycia na widoka bialasa - zazyczyl sobie dokladnie taka sume, o jakiej mowili lokalesi. Dalem mu wiec 20 rupii, niech ma za uczciwosc (w Hampi i okoliocach to doprawdy skarb).
Dalsza droga byla przyjemniejsza, bo pan muzulmanska zlota raczka napompowal kolo nalezycie. W drodze powrotnej nawiedzilem jeszcze fajne stajnie dla krolewskich sloni i Lotrus Mahal - swietne polaczenie wplywow hindu i islamu.
Po takiej dawce zwiedzania bylem wykonczony, wiec nie pozostalon nic innego jak dac sobie siana na reszte dnia (zreszta nie zostalo go wiele). Niestety po drodze wprowadzili sie przedstawiciele bialasow- pielgrzymow z Goa, konkretnie z Izraela. Siedzieli do pozna, palili papierosy, wciagali chipsy, pili Cocacole i przez swoje glosne rozmowy nie dawali spac.
Dzien wczorajszy to bylo juz tylko chodzenie po miejscach gdzie mnie jeszcze nie bylo. Nawiedzilem wiec wzgorze Mukhunda, z ktorego roztacza sie zachwycajacy widok na okolice. Widac prawie wszystko: wspaniale wzgorza usiane ogromnymi glazami o fantazyjnych ksztaltach, swiatynie wcisniete pomiedzy glazy, jak i duze kompleksy swiatynne na otwartych przestrzeniach. Swietny widok, od razu przypomniala mi sie Islandia, glownie z powodu niezwyklej ciszy i chlodku na szczycie wzgorza. Zdjecia niestety beda pozniej, bo kafeja gdzie jestem ma jakies Windowsy beznadziejne - nie widza mojego aparatu, nie moge przeslac zdjec.
Dzis rano wystartowalem z Hampi (ktorego mialem juz dosyc) i po 5 godzinach thrillera drogowego wyladowalem w odleglym o jakies 300 km Bijapurze. Zmienilo sie wszystko: nie ma juz dzungli, sa za to rozlegle, bezlesne rowniny porosniete jakimis krzewami albo uprawami kukurydzy i kilku innych rzeczy, zaczely przewazac minarety i inne muzulmanskie swiatynie, maja tu autobusy z szybami nie tak jak w Kerali i jeszcze kilka innych roznic moglbym wymienic. Bijapur nie jest za to za grosz miejscem turystycznym. Widzialem tu tylko dwoch bialasow :-).
No to tyle na dzis, naplodzilem co niemiara, za co czytaczy przepraszam.