poniedziałek, 29 grudnia 2008

Skok na polnoc

Emergency Quota zadzialala, tryby kolejowej machiny urzedniczej przeskoczyly o jeden zab, ktos przystawil pieczatke i dostalem miejsce w pociagu relacji Ernakulam Town - Bangalore City. W dzien wyjazdu przelazlem polowe Ernakulam z plecakiem i bylo to bardzo przyjemne zapoznanie sie z miastem, ktore takie najgorsze nie jest. Mijalem stoiska z lokalnymi przekaskami, dobre indyjskie knajpy, do jednej nawet zaszedlem na posilek, konkretnie briyani (ryz z ostrymi warzywami, do tego osobno superostre sosy).
Pol godziny po posilku bylem na dworcu Ernakulam Town, gdzie zostawilem tobol i poszedlem ponownie w miasto. Nakupowalem tone zarcie na droge, jak sie pozniej okazalo niepotrzebnie, bo lokalesi organizuja niezly catering na kazdej stacji kolejowej. Mozna tez kupic posilek w pociagu, u obslugi wagonu (tak, wagonu, nie skladu).
Kolej tutaj dziala troche lepiej niz w Polsze (co chyba nie jest trudne). Pociagi nocne maja wagony roznych klas, ja akurat podrozowalem klasa 3AC, czyli klima, lozko, posciel od obslugi, ewentualnie posilki.
Lozka w tej klasie sa zorganizowane po 3, z tym, ze srodkowe w ciagu dnia pelni funkcje oparcia dla najnizszego, ktore z kolei sluzy lako siedzenie dla calej trojki podroznych. Pociag nocny za bardzo sie nie spieszyl, ale czy to ma znaczenie, jesli mamy noc, lozko, posciel, itp.
Rano w Bangalore wyladowalem o 6.30 z lekkim bolem glowy (nie lubie spac w podrozy), od razu polecialem rezerwowac bilet na autobus do Hampi. Okazalo sie, ze bus z sypialny jedzie do pobliskiego Hospet, wiec kupilem. Pozostalo tylko zorganizowanie sobie dnia w Bangalore, bo bus ruszal o 23.15.
Wzialem riksze i pojechalem do Ogrodu Botanicznego. Naprawde ladne miejsce, miejscami bardzo ciche, zielone, czyste i zadbane (jak nie w Indiach ;-). Ogrod nawiedzaja tlumy dosc nowoczesnych Hindusow (bo i miasto nowoczesne, w koncu to indyjska Silicon Valley), nie zraza ich nawet bilet wstepu do tegoz parku (10 Rs).
Po ogrodzie przeszedlem sie troche zaulkami miasta i sie zawiodlem. Brod i smrod w niektorych rejonach niemilosierny. Wstyd dla jednego z bogatszych indyjskich miast. Chcialem obejrzec imponujacy Jama Masjid, ale okazalo sie, ze lezy on w epicentrum zgielku, chaosu, brudu i do tego jego otoczenie oszpecone jest betonowymi estakadami. Zrazony wzialem riksze i pojechalem na dworzec. Na dworcu miale dosc czasu zeby sie rpzepakowac, zabezpieczyc bagaz, zjesc dwa posilki, dowiedziec sie dokladnie jaki autobus, skad, jaki kolor, typ itp.
O 23.15 wystartowalem. Druga noc w podrozy - dosc ciezko. Ale organizm sie chyba przystosowal, bo pomimo warunkow gorszych niz kolejowe spedzilem te noc mniej wiecej tak samo, czyli 4 godziny snu jakos :-).
W Hospet wyladowalem o 5.30 i, razem z dwiema dziewczynami z Izraela zrzucilismy sie na riksze do Hampi. Pierwsze spostrzezenie po przyjezdzie: jak tu zzzziimno! Nad ranem bylo zimno jak choroba, albo przyzwyczailem sie do tropikalnych warunkow i temperatury nie spadajacej ponizej 20 st. nawet przed wschodem slonca. No coz, w Bangalore wieczorem widzialem ludzi w welnianych czapkach i szalikach, albo wcieplych nausznikach :-).
W Hampi okazalo sie ze o pelnia sezonu i o miejsca ciezko. Ostatecznie znalazlem wolny pokoj na koncu wioski (ale bez tragedii). Zobaczymy jak sie bedzie mieszkac.
Hampi zachwyca krajobrazami (skaly i ogromne glazy po horyzont), no i porozrzucanymi posrod skal swiatyniami. Jutro pozycze se rower i objade wszystko co sie da.
To tyle na dzisiaj. Zdjec nie bedzie, bo kafejka ma strasznie wolne lacze. Pozdrowienia.

piątek, 26 grudnia 2008

Foty z Cochin

Dzis sie lenilem, pojechalem ze Stevem z San Francisco, znajomym jeszcze z Sivananda Ashram (notabene spotykam go trzeci raz od czasu gdy opusiclem ashram :-) na Wypeen Island, konkretnie na plaze Cherai. Bardzo ladne miejsce, szczegolnie ze wzgledu na wzgledna czystosc i brak osobnikow homo sapiens wszelakich kolorow skory.
Ogolnie Cochin i okolice znam juz na wylot, wiec nic tu po mnie :-). Jutro wybywam, przeprawiam sie na drugi brzeg i bede polowal na pociag do Bangalore. Rezerwacja miejsca w pociagu to tutaj niezla zabawa jest, dosc powiedziec, ze w biurze jezerwacji spedzilem bite 2 godziny, biegajac w miedzyczasie do biura tzw. Area Manager, aby zapytac czy aby na pewno moge zlozyc wniosek o pieknej nazwie Emergency Quota.
Wyglada, ze jest to skomplikowane i nie dla ludzi slabej wiary ;-). Dlaczego > Juz wyjasniam: kupilem bilet, ale nie mam miejsca w pociagu, jestem na tw. liscie oczekujacych. Stan obecny: 32 w kolejce i idzie do przodu (2 godziny temu bylem 44.). I to jest dobra strona tego wypasionego, zbiurokratyzowanego systemu: mozna w kazdej chwili sprawdzic status swojego biletu. Oprocz normalnego toku jest jeszcze oczywiscie w zanadrzu moja Emergency Quota. Jutro zadzwonie i dowiem sie, czy cos ona pomogla. Jak nie, to bede probowal znalezc jakis w miare przyjemny autobus do Bangalore. Indie to wielki kraj wiec niby nic, blisko, przemieszczac sie bede caly czas w obrebie poludniowych Indii, wiec fakt, ze podroz zajmie 11 godzin jest w zasadzie nieistotny. Najwiekszy skok, z Hampi gdzies w okolice Jaipur jeszcze przede mna. Spodziewam sie spedzic w pociagu jakies dwa dni, hehe.
No i to tyle. Dorzuce jeszcze tylko komentarze do zdjec, ktore wrzucilem zanim wylaczyli prad w miescie (no to taki innego typu lokalny folklor, o okreslonej porze codziennie wylaczaj prad na jakis czas :-).

Rybacy z tych pajeczych sieci chinskich takie rzeczy lapia.

Ktos mi powie co to za owoc ? Calkiem pyszny, wyzera sie ze srodka miazsz i wypluwa pestki. Lokalesi, gdy spytalem ich o nazwe, zabulgotali cos, wiec nie dowiedzialem sie od nich nazwy .

A to knajpa lokalesowa, w kotrej wczoraj jadlem cosik. Bezpieczenstwo tzw. restauracji tutaj mozna okreslic nie na podstawie wystroju wnetrza, czy wygladu potraw, a jedynie na podstawie ilosci osob ja odwiedzajacych. Ta byla zdecydowanie bezpieczna: mnostwo rikszarzy i hinduskie rodziny z dziecmi (co daje +1000 punktow do wiarygodnosci knajpy :-). To, ze serwuja tylko jedno danie (porotte) w kilku odmianach, jest nieistotne.

A to moja lokalesowa porota, konkretnie veggie porota. Calkiem smaczna.

Wieza zegarowa obok przestarej synagogi Pardesi w zydowskim miescie. Synagogi nie widac, jest po lewej za murem (zdjecia wewnatrz byly kategorycznie zabronione).

Ta zabudowa nie wyglada na hinduska. To dzielnica zydowska w poblizu Palacu Matancherry, wschodna czesc Fortu Cochin.

To tez dzielnica zydowska.

A to Palac Matancherry. Zostal on zbudowany w 1500 ktorymstam jako rekompensata dla lokalnego krola za zniszczenie przez Portugalczykow hinduskich swiatyn. W srodku wielkie wrazenie robia malowidla na scianach nawiazujace do hinduskiej mitologii.

Krypta grobowa Vasco da Gamy w kosciele Sw. Franciszka. Tutaj spoczywal przez 14 lat, zanim jego szczatki przeniesiono do Lizbony.

Mistrzu fakir na goscinnych wystepach w Cochin. Takie male koberki mial w tych koszykach, tanczyly jak im zagral ;-).

Chinska siec w indyjskich wodach przybrzeznych.

Wnetrze kosciola Sw. Franciszka. Czuje sie 5 wiekow historii.

A to wnetrze Bazyliki Santa Cruz. Akurat odbywalo sie nabozenstwo w Boze Narodzenie.

Bazylika Santa Cruz z zewnatrz.

...I w nocy.
A to oblednie zatloczony i halasliwy Bazaar w Ernakulam. Dzienica chyba dawna zydowska, ulica Broadway (i wcale nie byla szeroka, jak widac).

A tutaj nie wiem o co chodzilo, pokaz gigantycznego ciasta mial sie odbyc :-). Hindusi tak maja, sa maniakami krykieta, maja w TV kanal krykietowy 24h/dobe, wiec moze tez uwielbiaja ogladac gigantyczne ciastka :-).

czwartek, 25 grudnia 2008

Boze Narodzenie w Fort Cochin...

...Spedzilem na snuciu sie po dosc waskich, niezmiennie zasmieconych, ale - co tutaj bezcenne - spokojnych uliczkach.
Zwiedzilem wszystko co sie dalo, zapuscilem sie nawet tam, gdzie na mapie w przewodniku widnieja biale plamy.
Jesli jestes zapalonym piechurem, to swoja znajomosc zakamarkow tego miejsca bedziesz mierzyc iloscia "wdepnietych" kozich bobkow :-). Mi sie zdarzylo cztery razy. Jakos ciezko pogodzic penetracje podloza z jednoczesnym kontemplowaniem fasad starych kosciolow, ruin nieraz 500-letnich portugalskich domow, czy (sporadycznie) witryn sklepow z kaszmirka czy jaipurska bizuteria (tu trzeba uwazac: ulamek sekundy za dlugo i bedziesz zlapany na przyjazne "Hello, how are you", "Happy Christmas", czy "Your country?", albo jeszze cos innego).
Zadziwiajace jest, ze te 500-letnie budynki po prostu niszczeja, popadaja w ruine i nikt z tym nic nie zamierza zrobic. Z drugiej strony zastanawiajacy jest fakt, ze przetrwaly one tak dlugo. To dobry wyznacznik zgodnosci i spokoju zycia tych autochtonow, ktorzy od wiekow nie walczyli ani z powodu roznic religijnych (przeciez koegzystuja tu wyznawcy pieciu wielkich religii), narodowosciowych, czy jakichkolwiek innych. Wyglada, ze ostatnimi ktorzy niesli tu przemoc byli kolonisci.

Obiadek zjadlem dzis w prostej knajpie o nazwie Hotel New India. Czort wie dlaczego wiekszosc lokalnych jadlodajni da autochtonow ma w nazwie slowo hotel. Zreszta niewazne, najwazniejszse, ze zjadlem pyszna veggie porothe, do tego chai (tutejsza odmiana herbaty gotowanej ze swiezym kardamonem, mocno slodzona i z duza iloscia mleka). Ile za to ? 22 rupie! Na polskie bedzie 1,36 zl.
Potem zanabylem limonki (2 rupie za sztuke), 2 litry wody gazowanej i zrobilem sobie plain lemon soda - doskonale na tutejsze upaly, podobnie jak chai.
To tyle na dzis, bo klawiatura beznadziejnie sie zacina i klepie powoli. Zdjec nie bedzie, bo komp (zlom) nie rozpoznaje mojego aparatu.
Pozdrowienia!

środa, 24 grudnia 2008

Wigilia...

Co bede gadal: u Was pora wieczerzy, a ja siedze w kafei i klepie cos w blogu. Slyszalem, ze sie grono czytelnikow powieksza (co nie znajduje odzwierciedlenia w ilosci komentarzy ;-), wiec sie bede przykladal. Wiec tak: wybralem sie dzisiaj do Ernakulam, miasta po drugiej stronie jeziora Vembanad. Niby dwa kilometry, ale rozmach i pieniadz widac skoncentrowal sie po ernakulamskiej stronie. Halas uliczny i inne paskudztwa rowniez, wiec mi nie z tego powodu nie jest przykro. W Forcie Kochin jest cicho i spokojnie (na miare idyjska oczywiscie). Duza zaleta Hindusow jest ich chec pomocy. Gdy tylko o cos spytac jednego, zaraz pieciu spieszy z odpowiedzia, chca pokazac, zaprowadzic, pomoc poszukac itp. Czasami moze przesadzaja, ale ogolnie bardzo to w porzadku jest. Dzisiaj zginalbym pewnie gdzies w okolicach Kochin na dlugie godziny, gdyby ne pomoc dwoch kolesi, ktorzy zabrali mnie z jednego autobusu w odpowiednim momencie, pokazali gdzie sie przesiasc, a ze jkechali tym samym busem, to potem jeszcze objasnili gdzie ktore hotele tansze i gdzie lepiej szukac. Jakby mieli riksze pod reka to chyba by mnie obwiezli i pokazali okolice ;-). Jako ze jastem wysokim bialasem (nie widzialem Hindusa chocby o zblizonym wzroscie, najwyzsza osoba byla... dziewczyna pracujaca w domu handlowym w Trivandrm, hehe) to wiele razy chca sobie robic ze mna zdjecia grupowe, kazdy chce na tym zdjeciu byc, wiec bywa ze pozuje po 15 minut, w takich chwilach czuje sie jak w zoo.
No to tyle przemyslen dosc plytkich. Pojde sobie obejrzec Kosciol Sw. Franciszka i Bazylike Santa Cruz noca. Pozdrowienia, i jeszcze raz spokojnych Swiat dla wszystkich.


Tak wyglada Amritapuri. Wyobrazcie sobie niewielka wioske obok (w niej urodzila sie Ama) i dalej juz tylko dzungla...

Takie budyneczki niewielkie.

Widok mniej wiecej z mojej miejscowy.

A to rejs po Backwaters z Kollam. Za nasypem Morze Arabskie.

Tu czekalismy az mistrzowie hinduskiego high-techu uporaja sie z przeprawienie ciezarowki na druga strone. Zajelo im to pol godziny, uzywali do tego jakiejs koparki, kilku pekow lin, drewnianych bali, paru kijakow bambusowych i duzo czynnika ludzkiego. Jakiez bylo moje zdziwienie gdy sie dowiedzialem, ze ciezarowka transportuje rude uranowa, a po lewej (nie widac) sa rzadowe zaklady prowadzace ekstrakcje uranu. Prawdziwy hinduski high-tech :-).

Charakterystyczny w rejonie Backwaters akcent chinski: sieci rybackie przypominajace siec pajaka. Do obslugi potrzebnych jest bodajze czterech ludzi. Siec opuszczana jest do wody, po jakis czasie wyciagana i... moze cos sie zlapalo, moze nie...

Tu bardziej kompletna siec.

A to takie luksusowe boathousy. Mozna sobie taki wynajac i poszlajac sie po kanalach Backwates. W cenie mamy zaloge, czyli kucharzy, sluzbe, pelne zaopatrzenie itp. Zabawka dla burzujstwa :-).

Nie lubie kokosow...

Malownicze kanaly Backwaters.

I znowu malownicze kanaly Backwaters...

I znowu...

I znowu... Oni tam cos hoduja pod tymi siatkami, ale nie pamietam co.

Skad sie biora banany.

Palmy se szumia, do tego trzeba uwazac na spadajace orzechy (podobno na trip po Backwaters mozna na specjalna prosbe dostac kask).

Jeden z kilku mostow na naszej drodze. Nie byl najnizszy.

Hinduscy mistrzowie naprawiaja superowy autobus. Po 3-godzinnej przejazdzce tym cudem podejrzewam, ze na ostatnich siedzeniach mozna by szkolic ludzi na kosmonautow. Z tylu chyba toto nie ma zawieszenia, tylko sztywna os :-). No ale przezylem, nie doznalem zadnych zlaman, czy czegos. Aaaaa... zauwazyliscie brak okien ? W tym klimacie sa niepotrzebne, zamiast tego sa takie opuszczane zaluzje.

wtorek, 23 grudnia 2008

Duzo sie dzialo, az nadejszly Swieta

Ostatnie 6 dni spedzilem w Amritapuri, czyli ashramie jednej z nielicznych kobiet-guru indyjskich: Amy Amritanandamayi. Poprzedni ashram w porownaniu z tym przypominal zabawke dla westernersow znudzonych tropikalnymi plazami i hinduskimi swiatyniami, ktorzy dla odmiany chca sobie pocwiczyc joge. Tutaj, w Amritapuram mozna bylo zobaczyc i doswiadczyc jak silny duchowo jest ten kraj. Zreszta nie tylko ten kraj - zjezdza sie tu doslownie caly swiat (w pokoju mialem Rosjanina, Czecha i Dunczyka). Sam ashram przypomina male miasto - 15-pietrowe wiezowce w srodku dzungli, zdolne pomiescic do 10 tysiecy osob. No i sama ona - jedna z najwazniejszych duchowych osobistosci Indii. Ne omieszkalem doswiadczyc na wlasnej skorze jej oddzialywania - ustawilem sie w kolejce do tzw. darshanu (czyli mowiac po ludzku otrzymalem slynny uscisk Amy). O wrazeniach nie jestem w stanie nic napisac, doznanie jest ciekawe i chyba ludzka miara niemierzalne. Spotkalem tam wielu niezwykle ciekawych ludzi, od zapalonych niemalze-mnichow medytujacych po kilka godzin dziennie od klikunastu lat, po samozwanczych pielgrzymow (notabene - z Polski, z Jeleinej Gory), ktorzy przyszli do Indii pieszo, co zajelo im rok. Tyle o Amritapuram, bo duzo mozna by pisac. Dzis rano wsiadlem w autobus 5.25 do Cochin i oto jestem w slynnej oazie europejskosci - Forcie Cochin. Faktycznie wszystko bardziej europejskie, a dokladniej staroportugalskie: budynki z europejskim charakterem kryte dachowka, waskie uliczki i... mnostwo wolno chodzacych koz :-), duzo kosciolow (jest tu najstarszyw Indiach kosciol chrzescijanski zbudowany reka Europejczyka, w nim pochowany byl Vasco da Gama zanim przeniseiono jego szczatki do Lizbony). Okolica niezwykle cicha, sporo bialasow. Akurat na swieta. Dla wszystkich czytajacych zyczenia Sokojnych, Rodzinnych i Wesolych Swiat. O Nowym Roku nie pisze, bo sie pewnie jeszcze odezwe do tego czasu.

W Kollam tez jest sporo chrzescijan, jak widac.

Szybkie sniadanko, kombinacja wlasna.

Mukkada Bazaar w Kollam. Pan kupiec prezentuje lokalne bogactwo.

Gatunow ryzu tu maja sporo...

A tu tez lokalne bogactwo.

środa, 17 grudnia 2008

Kollam, Kollam, i po Kollam

Wczoraj wsiadlem w poranny pociag z Varkala, wysiadlem 20 minut pozniej w Kollam. Zatrzymalem sie tutaj tylko po to, aby odbyc mocno polecana podroz po kanalach Backwaters (taka keralska Wenecja) tradycyjna lodzia tutejszych zbieraczy piasku. Tripek faktycznie ciekawy, przewodnik sporo mowil o tutejszej florze, faunie i historii tego miejsca, w szczegolnosci wyspy Munroe Island. Dowiedzialem sie, ze sa trzy rodzaje ananasow: brazowy, czerwony i zielony. Ten ostatni niezwykle rzadki i bardzo smaczny, ale na krzaku udalo nam sie go zauwazyc.
Tym razem zatrzymalem sie w hotelu cholernie drogim i okropnie glosnym. Okien (od strony ruchliwej ulicy) nie dalo sie do konca zamknac, a zatyczki do uszu niewiele pomagaly, wiec gdzies kolo 3 w nocy wzialem materac, poduszke i nakrycie i poszedlem spac do lazienki :-). Przynajmniej pare godzin spalem, ale dzis czuje sie znerwicowany. Mam nadzieje, ze podczas 4-godzinnej podrozy promem po Backwaters mi przejdzie. Start o 10.30. Jak tu kiedys bedziecie to nie zatrzymujcie sie w hotelu Sudarsan.
PS. Zdjec dzisiaj nie bedzie, bo mam tylko chwile na Internet w tym cholernie przeplaconym hotelu. Pozdrowionka.

wtorek, 16 grudnia 2008

Reminiscencje z kurortu

Varkala wydaje sie byc takim malym indyjskim tygielkiem, Kalifornia w mikroskali, czy czyms w tym stylu. Tutaj mozesz, ku swemu zdziwieniu dowiedziec sie, ze sa Nepalczycy, ktorzy szaleja przy muzyce techno do 2 w nocy, zdarzaja sie Tybetanczycy sluchajacy Rolling Stonesow i Boba Marleya. Tutaj zdarzylo mi sie tez spotkac hinduskich "harleyowcow" - 3 braci, Sikhow z Kaszmiru, ktorzy prowadza tutaj sklep z przepieknym kaszmirskim rekodzielem (tkaniny nawet na mnie zrobily wrazenie, chociaz sie nie znam i nie interesuje), a kilka razy w roku organizuja dla przyjezdnych motocyklowe tripy po calych Indiach (kolo 5 tysiecy km). Maja kilka solidnych Royal Enfieldow z silnikami 350 i 500 cm i sobie nimi jezdza. Tez sie przejechalem, jako pasazer i chyba lepiej miec motor w Indiach niz samochod (przynajmniej w poludniowych).

Jeden z hindyjskich pogryzalkow, takie cos jak chipsy u nas, tylko bez chemii, za to z tluszczem niechybnie. To akurat zrobione jest z maki ryzowej plus oczywiscie niezwykle przyprawy. Od otwarcia paczki do jej oproznienia w moim przypadku mija gora pol godziny (az se zeba zlamalem).

Wspominki z Sivananda Ashram, najprzyjemniejsze czywiscie, czyli zarelko :-). W srodku dosa (nalesnik) i ryz z sambarem (wywar z pomidorow, mango, melonow, chili i innych rzeczy ktorych nazw ani ksztaltu nie znam), u gory od lewej slodki prasad, dalej cos o skomplikowanej nazwie, pod wzgledem smaku numer jeden, dalej przasna kapucha i salatka z surowych waryw. Nie ma sztuccow oczywiscie, bo po co :-).

poniedziałek, 15 grudnia 2008

grudzien w Varkala

Mamy 15 grudnia. Temperatura powietrza w ciagu doby nie spada ponizej 20 st. C. Nad glowami niebezpiecznie kolysza sie dojrzale orzechy kokosowe, gotowe spasc w kazdej chwili (bylem swiadkiem jak takie cos spadlo, nie zycze nikomu kontaktu z takim pociskiem). Dnie uplywaja na lazeniu po bulwarze, zachodzeniu tu i owdzie w celu spozycia czegos pysznego (patrz zdjecia nizej), no i oczywiscie na lezeniu na plazy i kapieli w morzu. Morze przypomina ciepla, slona zupe, ale przy tych temperaturach i aktywnosci Slonca orzezwia wybornie. Jak juz wspomnialem jedzenie jest przepyszne i przetanie. Wielka przyjemnoscia jest usiasc sobie w cieniu na slomianym fotelu i wypic goraca herbate z sokiem z limonki, miodem i imbirem. Na upal i lekkie przeziebienie w sam raz. Dzis zostalem zaproszony na obiad przez szefa domu, w ktorym stacjonuje. Oczywiscie byl to niby zwykly, ale wyborny obiadek w stylu keralskim (znaczy sie duzo swiezutkich ryb).
Przyjemne to miejsce, musze przyznac, ale siedzenie z 4 literami w jednym miejscu jakos mnie meczy. Pojutrze ruszam wiec dalej. Kierunek: Kollam.

Jak widac bialasy garna sie do pomocy biednym Hindusom :).

Zarelko typowo hinduskie: kofta, ryz i (chyba) pakora albo cos innego o typie chleba. Pycha. Oczywiscie wciagane prawa reka.

Pocztowkowy zachod slonca.

Kibelek w pokoju w Olympia House.
Widoczek z Varkalskiego klifu.

Moja pokoja. Cena: 300 rupii za dobe. Stounek cena/jakosc rewelacyjny.

Tybetanskie pierozki momo wciagane w tybetanskiej knajpie. Z boku oczywiscie wspaniala ginger lemon honey hot.

Jeszcze jeden widoczek z klifu.

Flagowe danie sniadaniowe w Kerali: Masala Dosa. Po prostu niebo w gebie. W tym wielkim placu jest schowane nadzienie pyrowo-cebulowo-jakiestam. W miseczkach od lewej: cos superostrego, dalej chutney (przepyszna masa z tartego kokosa), idealna po ostrych i sambar (wywar z pomidorow, jakichs ogorkow, itp), srednio ostry. Nie musze dodawac, ze wszystkie cuda, przyprawy przede wszystkim, sa swiezutkie, soczyste i maja pelny smak. Sprobujcie ciasta jablkowego z cynamonem. Tak jak tutaj cynamon powinien smakowac wszedzie. Zamiast dosy, czyli placka z maki moze byc nieco pulchniejszy placek z tartego kokosa i maki kokosowej. Oczywiscie kokos pol godziny przed podaniem mogl jeszcze wisiec na drzewie.

Kokosowe zniwa.

Milo posiedziec w tak pieknych okolicznosciach przyrody.