Ostatnie 6 dni spedzilem w Amritapuri, czyli ashramie jednej z nielicznych kobiet-guru indyjskich: Amy Amritanandamayi. Poprzedni ashram w porownaniu z tym przypominal zabawke dla westernersow znudzonych tropikalnymi plazami i hinduskimi swiatyniami, ktorzy dla odmiany chca sobie pocwiczyc joge. Tutaj, w Amritapuram mozna bylo zobaczyc i doswiadczyc jak silny duchowo jest ten kraj. Zreszta nie tylko ten kraj - zjezdza sie tu doslownie caly swiat (w pokoju mialem Rosjanina, Czecha i Dunczyka). Sam ashram przypomina male miasto - 15-pietrowe wiezowce w srodku dzungli, zdolne pomiescic do 10 tysiecy osob. No i sama ona - jedna z najwazniejszych duchowych osobistosci Indii. Ne omieszkalem doswiadczyc na wlasnej skorze jej oddzialywania - ustawilem sie w kolejce do tzw. darshanu (czyli mowiac po ludzku otrzymalem slynny uscisk Amy). O wrazeniach nie jestem w stanie nic napisac, doznanie jest ciekawe i chyba ludzka miara niemierzalne. Spotkalem tam wielu niezwykle ciekawych ludzi, od zapalonych niemalze-mnichow medytujacych po kilka godzin dziennie od klikunastu lat, po samozwanczych pielgrzymow (notabene - z Polski, z Jeleinej Gory), ktorzy przyszli do Indii pieszo, co zajelo im rok. Tyle o Amritapuram, bo duzo mozna by pisac. Dzis rano wsiadlem w autobus 5.25 do Cochin i oto jestem w slynnej oazie europejskosci - Forcie Cochin. Faktycznie wszystko bardziej europejskie, a dokladniej staroportugalskie: budynki z europejskim charakterem kryte dachowka, waskie uliczki i... mnostwo wolno chodzacych koz :-), duzo kosciolow (jest tu najstarszyw Indiach kosciol chrzescijanski zbudowany reka Europejczyka, w nim pochowany byl Vasco da Gama zanim przeniseiono jego szczatki do Lizbony). Okolica niezwykle cicha, sporo bialasow. Akurat na swieta. Dla wszystkich czytajacych zyczenia Sokojnych, Rodzinnych i Wesolych Swiat. O Nowym Roku nie pisze, bo sie pewnie jeszcze odezwe do tego czasu. W Kollam tez jest sporo chrzescijan, jak widac.