środa, 24 grudnia 2008

Wigilia...

Co bede gadal: u Was pora wieczerzy, a ja siedze w kafei i klepie cos w blogu. Slyszalem, ze sie grono czytelnikow powieksza (co nie znajduje odzwierciedlenia w ilosci komentarzy ;-), wiec sie bede przykladal. Wiec tak: wybralem sie dzisiaj do Ernakulam, miasta po drugiej stronie jeziora Vembanad. Niby dwa kilometry, ale rozmach i pieniadz widac skoncentrowal sie po ernakulamskiej stronie. Halas uliczny i inne paskudztwa rowniez, wiec mi nie z tego powodu nie jest przykro. W Forcie Kochin jest cicho i spokojnie (na miare idyjska oczywiscie). Duza zaleta Hindusow jest ich chec pomocy. Gdy tylko o cos spytac jednego, zaraz pieciu spieszy z odpowiedzia, chca pokazac, zaprowadzic, pomoc poszukac itp. Czasami moze przesadzaja, ale ogolnie bardzo to w porzadku jest. Dzisiaj zginalbym pewnie gdzies w okolicach Kochin na dlugie godziny, gdyby ne pomoc dwoch kolesi, ktorzy zabrali mnie z jednego autobusu w odpowiednim momencie, pokazali gdzie sie przesiasc, a ze jkechali tym samym busem, to potem jeszcze objasnili gdzie ktore hotele tansze i gdzie lepiej szukac. Jakby mieli riksze pod reka to chyba by mnie obwiezli i pokazali okolice ;-). Jako ze jastem wysokim bialasem (nie widzialem Hindusa chocby o zblizonym wzroscie, najwyzsza osoba byla... dziewczyna pracujaca w domu handlowym w Trivandrm, hehe) to wiele razy chca sobie robic ze mna zdjecia grupowe, kazdy chce na tym zdjeciu byc, wiec bywa ze pozuje po 15 minut, w takich chwilach czuje sie jak w zoo.
No to tyle przemyslen dosc plytkich. Pojde sobie obejrzec Kosciol Sw. Franciszka i Bazylike Santa Cruz noca. Pozdrowienia, i jeszcze raz spokojnych Swiat dla wszystkich.


Tak wyglada Amritapuri. Wyobrazcie sobie niewielka wioske obok (w niej urodzila sie Ama) i dalej juz tylko dzungla...

Takie budyneczki niewielkie.

Widok mniej wiecej z mojej miejscowy.

A to rejs po Backwaters z Kollam. Za nasypem Morze Arabskie.

Tu czekalismy az mistrzowie hinduskiego high-techu uporaja sie z przeprawienie ciezarowki na druga strone. Zajelo im to pol godziny, uzywali do tego jakiejs koparki, kilku pekow lin, drewnianych bali, paru kijakow bambusowych i duzo czynnika ludzkiego. Jakiez bylo moje zdziwienie gdy sie dowiedzialem, ze ciezarowka transportuje rude uranowa, a po lewej (nie widac) sa rzadowe zaklady prowadzace ekstrakcje uranu. Prawdziwy hinduski high-tech :-).

Charakterystyczny w rejonie Backwaters akcent chinski: sieci rybackie przypominajace siec pajaka. Do obslugi potrzebnych jest bodajze czterech ludzi. Siec opuszczana jest do wody, po jakis czasie wyciagana i... moze cos sie zlapalo, moze nie...

Tu bardziej kompletna siec.

A to takie luksusowe boathousy. Mozna sobie taki wynajac i poszlajac sie po kanalach Backwates. W cenie mamy zaloge, czyli kucharzy, sluzbe, pelne zaopatrzenie itp. Zabawka dla burzujstwa :-).

Nie lubie kokosow...

Malownicze kanaly Backwaters.

I znowu malownicze kanaly Backwaters...

I znowu...

I znowu... Oni tam cos hoduja pod tymi siatkami, ale nie pamietam co.

Skad sie biora banany.

Palmy se szumia, do tego trzeba uwazac na spadajace orzechy (podobno na trip po Backwaters mozna na specjalna prosbe dostac kask).

Jeden z kilku mostow na naszej drodze. Nie byl najnizszy.

Hinduscy mistrzowie naprawiaja superowy autobus. Po 3-godzinnej przejazdzce tym cudem podejrzewam, ze na ostatnich siedzeniach mozna by szkolic ludzi na kosmonautow. Z tylu chyba toto nie ma zawieszenia, tylko sztywna os :-). No ale przezylem, nie doznalem zadnych zlaman, czy czegos. Aaaaa... zauwazyliscie brak okien ? W tym klimacie sa niepotrzebne, zamiast tego sa takie opuszczane zaluzje.