Rishikesh przebojem wdarl sie na szczyty osobistej i subiektywnej listy najprzyjemniejszych miejsc w Indiach. Jest tam spokojnie, nienachalnie, pieknie, rzadzi natura i w ogole cudnie. Szkoda, ze nie mialem dwoch dni wiecej, zlapalbym autobus i pojechalbym do Joshimath albo gdzies w poblize drugiego sczzytu Indii - Nanda Devi (7816), zeby chociaz z daleka popatrzec. Zrobilem jedynie kilka trasek malenkich, powloczylem sie troche po okolicy, ale jako ze oni nie znaja tutaj samodzielnych szlakow turystycznych, nie dalo sie pochodzic za wiele poza szosami.
Z bolem serca opuscilem wiec oaze spokoju i pojawilem sie dzisiaj rano w Amritsarze. I tu kolejne bardzo przyjemne doswiadczenie. Otoz Amritsar (Amrit Sarowar oznacza tytulowy basen nektaru) to stolica Sikhow, czyli ludu, ktorego religijnym guru (tworca sikhizmu) jest Guru Nanak. Byl to czlek, ktory wyprzedzil swoja epoke: w XVI w. wymyslil sobie, ze wszyscy ludzie sa sobie rowni, kazdy ma prawo do posilku, biednym trzeba pomagac, a owocami swojej pracy sie dzielic. Wszystkie te idee w pelni realizowane sa w duchowym sercu tej religii - Golden Temple, czyli Zlotej Swiatyni. Swiatynia faktycznie lsni szczerozlotym kolorem (podobno na pokrycie kopuly zuzyto 750 kg tego kruszczu). No ale wracajac do wartosci: kazdy kto tu przybedzie, znajdzie kat do spania, moze sie najesc do syta, korzystac z umywalni, prysznicow itd. itp. Taka juz natura Sikhow: dzielic sie ile. Nie musze dodawac, ze posilki sa calkiem pyszne, a ich wydawanie odbywa sie w trybie ciaglym, tzn. podczas gdy jedna hala przyjmuje stolujacych sie, druga jest sprzatana i przygotowywana na przyjecie kolejnej fali, i tak na przemian. Dziala to swietnie. Mam oczywiscie miejscowe w purytanskim pokoju 3-osobowym (standard mnie nigdy nie obchodzil, pod warunkiem ze sciany nie zyja wlasnym zyciem i mrowki czy karaluchy nie maja gniazda w lozku :-), bez oplat rzecz jasna.
Wyprawilem sie tez na oslwaiona granice hindusko-pakistanska. Jedyne przejscie graniczne miedzy tymi krajami miesci sie w odleglym o 30 km Attari. Sa tam trybuny dla widzow, gosciu ktory dyryguje tlumem i w ogole wyglada to jak zawody sportowe. Ceremonia zamkniecia granicy odbywa sie o ustalonej porze, trwa pol godziny i - jak dla mnie - jest bardziej spektaklem kabaretowym niz pokazem sily. Cos jak ministerstwo glupich krork Monthy Pythona. Naprawde :-). Jak sie uda to zamieszcze krotkie filmiki, ktorych nie omieszkalem wykonac. Oczywiscie jak granica miedzy krajami niespecjalnie lubiacymi sie, to i druga strona nie pozostaje dluzna: tez sa trybuny, troche moze inne, bo widac podzial na plci, jest troche ciszej, no i zamisat "Hindustan Zindabad!" (niech zyja Indie), krzyczy sie "Pakistan ....." (costam, nie doslyszalem :-). Ludzi co niemiara, klimat momentami, jak juz pisalem, jak na stadionie sportowym, momentami jak na imprezie techno, i tak to sie odbywa codzienny ognisty pokaz patriotyzmu.
No to tyle. Jutro pojde sobie obejrzec kilka muzeow Sikhizmu. Pewnie nie wiecie, ale Indire Gandhi podobno zabili jej sikhijscy ochroniarze w odwecie za represje wobec wlasnie Sikhow mieszkajacych tutaj, w stanie Punjab.
Poranny widoczek w Rishikesh. W tym kierunku w linii prostej 100km do Nanda Devi :-).

Ganges to tez raj dla rafterow...
... Widac dlaczego.
A to swiete ghaty w Haridwarze. Wedlug wierzen hinduistow tutaj Siva upuscil krople niebianskiego nektaru. Kapiel w tych ghatach skutkuje rozgrzeszeniem.

A to juz Amritsar, centralny punkt - Zlota Swiatynia.
Warto ja obejrzec z roznych perspektyw i o roznych porach dnia. Zmienia sie bardzo mocno.

A to przejscie graniczne w Attari.
Widac kawalek autobusu Delhi-Lahore, zapewniajacego chyba jedyne regularne polaczenie pasazerskie miedzy tymi Indiami i Pakistanem.
Chcieli dogryzc Pak ?;-)
Granica wyglada groznie...
Kawalek Gangesu.