Cisza i sielskosc McLeod Ganj przeszla do historii. Dosc przejmujacy chlod, ale i rzeskosc powietrza zastapil niezbyt przejrzysty eter stolycy oscylujacy w przyjemnych dla organizmu temperaturach. Po 12 godzinach spedzonych w autobusie klasy - rzekomo - deluxe mialem wrazenie, ze moja glowa eksploduje. Mialem nawet problemy z utrzymaniem rownowagi, chyba ze zmeczenia i przeziebienia. Na wszystko pomoglo kilka godzin snu.
Stolica przywitala mnie wszechobecna drozyzna. Nieprzyzwoicie drogie hotele w standardzie, za ktory w mniejszych miastach placiloby sie polowe tego co tutaj. Niestety, popyt na noclegi jest tu znaczny, w koncu stolica, miejsce praktycznie bez martwego sezonu.
Znalazlem pokoj w dzielnicy Paharganj, mekce nie- i srednio zamoznych turystow. Wszystko tu jest rownie chaotyczne jak wszedzie w Indiach, jak w calym starym Delhi. Dziwne ma sie natomiast wrazenie po wkroczeniu do nowego Delhi. Zycie tam toczy sie jakby na glebszym oddechu: ulice sa przestronniejsze, szeroki, dwujezdniowe, sporo zieleni, ruch jest spokojniejszy i mniej halasliwy (mniej klaksonowy :-). Jak latwo sie domyslec ludzie na ulicach sa mniej widoczni, a to z kolei sprawia, ze charakterystyczny indyjski smaczek ulicy po prostu sie ulatnia, pozostaje gdzies w okolicach starego Delhi.
Zabytki w Delhi sa oczywiscie obrzydliwie drogie, wiec podarowalem sobie placenie 250 rupii za obejrzenie Czerwonego Fortu, czy 200 rupii za wstep do meczetu.
To co najlepsze w zwiedzaniu miejsc to nasiakanie ich atmosfera, przemierzanie ulic bez wiekszego planu, niemal na slepo. No i tak wlasnie uczynilem, przebywajac cala droge od Czerwonego Fortu do New Delhi na piechote. Gdybym wzial riksze wielu rzeczy bym nie zauwazyl i nie poczul.
Oczywiscie wrocilo smaczne indyjskie jedzonko w najlepszym wydaniu: wspaniale thali w cenie 30 rupii, czy przyzwoita masala dosa za tyle samo (jednak najlepsze masala dosy sa na poludniu, skladniki swiezutkie to jest caly sekret).
Aaaa... przejechalem sie tez delhijskim metrem i musze przyznac, ze jestem pod wrazeniem. To zaprzeczenie hinduskosci :-). Jest czyste, pojemne, dobrze zorganizowane i wzglednie punktualne (chociaz zegar wskazujacy czas do przyjazdu metra dlugo wskazywal jedna sekunde zanim przybyl pociag). Metro lepsze niz warszawskie, chociaz stacje nie tak unikalne jak nasze, polskie :-).Tybetanskie mlynki modlitewne w poblizu najwazniejszej swiatyni tybetabczykow w Indiach - Namgyal gompa.
A to Namgyal Gompa.
W nocy byla w gorach burza, pogoda sie zmienila, co widac na zdjeciu.
Centralny plac w Mcleod Ganj.
A to juz delhijski Paharganj. Jak widac "czysto" i "schludnie" ;-).
Nasi tu byli!
Brama do Jama Masjid, czyli meczetu.
A tu rzut oka na typowe delhijskie piekielko.
Lahore Gate w Czrewonym Forcie. Podobne jak choroba do Fatehpur Sikri i Agra Fort. Nic dziwnego - to samo krolestwo, ten sam
Brama delhijska, wirtualna granica miedzy starym i nowym Delhi.
A tu lezaneczka przy arterii. Hindus moze odpoczywac wszedzie, nawet przy silniku odrzutowym :-).
Takie mamy arterie w nowym miescie.
Specyficzne podejscie.
Mala panoramka New Delhi. Centralny miejscem jest Connaught Place, cos w rodzaju zestawu kilku wielkim rond z promieniscie rozchodzacymi sie arteriami. Ciekawa i bardzo regularna konstrukcja.
Klimacik bazarowy na Paharganju.