Powinienem powiedziec, ze skopal mi tylek razem z Cerro Torre. Obie magiczne gory nie raczyly ukazac swego oblicza, za to daly mi w kosc i obdarzyly jakims przeziebieniem, z ktorym eczylem sie przez ostatnie 5 dni.
Czego nie zapomne z pobytu w El Chalten to prawdziwa patagonska pogoda, ktorej nie mialem okazji dowiadczyc w Torres del Paine. Huraganowe, porywiste wiatry, od czasu do czasu deszcz i na dokladke pelne, piekace slonce.
W okolicach punktu widokoego na Cerro Torre wial wiatr jakos 160km/h: przewracal ludzi, nie dawal im isc dalej, podrywal masy wody z jeziora i rzucial nimi w ludzi i w okoliczne doliny.
Innej nocy, podczas pobytu w obozie Poincenot (najblizej Fitz Roya) przez osiem godzin czekalem az przestanie padac deszcz. Niestety godzine po tym, jak deszcz ustal nadeszly huraganowe porywy wiatru, jakiego jeszcze w namiocie nigdy nie przezylem.
Pomimo tylu wyrzeczen z masywu Fitz Roy wracam tylko z przeziebieniem :-).
Trzy dni temu wsiadlem w autobus i odbylem dwudniowa podroz do Bariloche. Podroz niezwykla, bo slynna trasa krajowa 40, biegnaca przez cala Patagonie az do Ziemi Ognistej. Droga ta, choc krajowa, w wiekszosci jest jeszcze droga gruntowa. To czyni z niej niezla gratke dla milosnikow przelajow. Sciagaja tutaj motocyklisci na terewnoym KTMach czy BMW, tlumnie jezdza tez kolarze, no i samochodzize w roznej masci Jeepach.
Wlasnie wyleguje sie w Bariloche, wlocze sie po miescie. Zdrowie jeszcze nie pozwala na wyjscie w gory, plany w zasadzie zniweczone, ale moze choc jutro wyjde i obejrze pejzarze piekne niczym szwajcarskie Alpy.
środa, 26 stycznia 2011
Fitz Roy sie nie dal
wtorek, 18 stycznia 2011
Patagonia nieczynna, Argentyna wita
Z powodu ogolnopatagonskiego strajku w Chile wszyscy turysci zostali ewakuowani. Brzmi groznie i podobno tak tez wygladalo. Mi udalo sie jakos dostac do Argentyny krotko przed zamknieciem wszystkiego w chilijskiej czesci Patagonii. Dokladnie 15 stycznia, po przejsciu ostatnich 18 kilometrow w Parku Narodowym Torres del Paine dotarlem do administracji parku, gdzie powiedziano mi, ze autobus do Puerto Natales moze bedzie, a moze nie, moze jutro. Poczekalem wiec troche, zebralo sie wiecej osob i przewieziono nas w inne miejsce, gdzie turystow bylo duzo wiecej (setki) i kilka lub kilkanascie autobusow. Stamtad mielismy jechac do Puerto Natales, ale przy blokadzie strajkowej powiedziano mi, ze jesli chce dotrzec do El Calafate to mam wysiadac po drodze w Cerro Castillo. Tak zrobilem, znalazlem sie w miejscu gdzie jest tylko restauracja, budynek strazy granicznej i niewiele wiecej. Na horyzoncie szalala burza. Dostalem stempelek ze opuszczam Chile i poczalem wypytywac moim superprymitywnym hiszpanskim o transport do El Calafate. Znalezli sie jacys Anglicy, powiedzieli ze mam wsiadac do ich wana i tak znalazlem sie na tym samym wozku z ekipa angielskiego Channel 5. Wlasnie od dwoch dni probowali wydostac sie z parku, gdzie krecili czesc serii o lowieniu ryb w roznych zakatkach swiata. Glowna postacia jewst niejaki Robinson Green (siedzial obok kierowcy), ale nie znam goscia. Pozniej treoche z nim pogadalem, spoko typ.
W El Calafate znalazlem sie po 3 w nocy, glodny i zmeczony. Amerykanka, ktora "uciekala" rowniez z Chile i zalapala sie na telewizyjny busil, znala jakis hostel, gdzie znalazl sie kawalek podlogi zeby sie troche przespac.
To bylo trzy dni temu. W El Calafate odpoczalem, zjadlem conieco (fantastyczne argentynskie wypieku, owoce itp.).
Wczoraj pojechalem obejrzec niesamowity lodowiec Perito Moreno, z ktorego tysiace, setki tysiecy ton lodu z ogluszajacym loskotem wala sie do rzeki niemal na zawolanie.
Fajne miejsce, ale podporzadkoweane machinie turystycznej.
Dzis wyladowalem w El Chalten, takim prawdziwym argewntynskim przystanku Alaska. Mniej niz tysiac mieszkancow, za to niedaleko Fitz Roy i Cerro Torre, magiczne gory. Jutro ruszam do gory.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Zimno i wieje
O upale juz zapomnialem. Jesli spytalby ktos czy tu wieje to nie wiedzialbym co odpowiedziec, bo nie znam odpowiednich slow zeby to okreslic. Jutro jade do Parku Narodowego Torrres del Paine. Ostatnie prawie cztery dni spedzilem na objadaniu sie i snuciu po pokladzie promu majestatycznie sunacego przez chilijskie fiordy. Widoki byly jak z filmu fantasy, tutaj powinni kreci nieznana czesc Wladcy Pierscieni :-).
Nop to tyle. Zdjec nie zamieszczam, bo nie mam znowu kabla.
środa, 5 stycznia 2011
Zycie po drugiej stronie globu
Lima to miasto kontrastow. Sa miejsca gdzie mozna zobaczyc piekny swiat (Miraflores), sa takie gdzie mozna by zobaczyc bardziej prawdziwa strone miasta i kraju, ale lepiej sie tam nie zapuszczac. Przedwczoraj wieczorem przeskoczylem do Santiago, stolicy Chile. Geograficznie przekroczylem tylko jedna granice, ale roznic widac bardzo duzo. Swoja droga to fascynujace skad bierze sie taka rozbieznosc w historii i drodze dwoch sasiednich krajow. Santiago to miasto przyjemne, z rozesmianymi ludzmi na ulicach, w parkach, ze szczesliwymi dzieciakami bawiacymi sie zamiast pomagac rodzicom w dorobieniu grosza, niewazne czy w granicach prawa, czy poza nim. Mlodzi ludzie maja swoje zainteresowania: sluchaja muzyki, skejtuja, odpoczywaja... Wczoraj byl tu w centrum wielki festyn mlodych ludzi, zaczyna sie chyba rok akademicki i glowny plac byl pelen ludzi i instalacji oraz przedsawien wystawianych przez mlodych. Warto bylo w tym uczestniczyc. Miasto ma ladne i regularne centrum z mieszanka stylow architektonicznych. Jest ociupinka kolonialnego klimatu, jest troche klasycyzmu w stylu amerykanskim (cos jak Empire State Building z bogato zdobionymi kamiennymi fasadami), jest tez nowoczesna zabudowa w stylu stal i szklo. Oprocz tego jest dobra siec metra, niezle drogi i ogolnie wszystko dziala sprawnie. KLimat tez jest bardzo przyjemny. Teraz jest lato, temperatury dochodza do prawie 30 stopni. Jak dla mnie goraco. Jutro spadam dalej na poludnie i internet sie bedzie powoli konczyl. Zdjec nie bedzie, nie mam kabla. 
niedziela, 2 stycznia 2011

Rzezba w Parque del Amor, w ktorym zagadnal mnie Japonczyk mieszkajacy tu od dwocj lat i znajacy 8 jezykow (holenderski tez)
Wytworna restauracja, w zasadzie juz na Pacyfiku
Ze szcytu klifu, przez mgle...
A tu centrum jandlowe w Miraflores. W tle chyba jakis hotel dla bogaczy.
Tu na pewno hotel dla bogaczy (Marriott czy cos...)
centrum Limy, palac arcybiskupa (jak widac kler tutaj zyl dobrze od wiekow ;-)
ladny budynek, charakterystyczna dla Limy drewniane balkony (czy cos tam, nie znam fachowego jezyka)
katedra przy Plaza Mayor
a to Miraflores, takie szerokie avenidos maja
Miraflores, widok z klifu (ktory to juz ?)
A to z cyklu malych spostrzezen: u nas mamy Teraz Polska, a oni taki made in Peru 
Fajne pogryzalki z maki kukurydzianej. Jak widac w kazdym kraju znajdzie sie cos, na czym mozna sobie zlamac zeba.
Takiego trunku mozna sprobowac tylko w Ameryce Poludniowej. W zasadzie jest to mocno slodzona woda, zeby bylo ciekawie zawiera to, czego kole znanych koncernow nie maja juz od dawna - prawdziwa kofeine.
Supermarkety maja nawet !!!
Troche widokow Miraflores.
