Z powodu ogolnopatagonskiego strajku w Chile wszyscy turysci zostali ewakuowani. Brzmi groznie i podobno tak tez wygladalo. Mi udalo sie jakos dostac do Argentyny krotko przed zamknieciem wszystkiego w chilijskiej czesci Patagonii. Dokladnie 15 stycznia, po przejsciu ostatnich 18 kilometrow w Parku Narodowym Torres del Paine dotarlem do administracji parku, gdzie powiedziano mi, ze autobus do Puerto Natales moze bedzie, a moze nie, moze jutro. Poczekalem wiec troche, zebralo sie wiecej osob i przewieziono nas w inne miejsce, gdzie turystow bylo duzo wiecej (setki) i kilka lub kilkanascie autobusow. Stamtad mielismy jechac do Puerto Natales, ale przy blokadzie strajkowej powiedziano mi, ze jesli chce dotrzec do El Calafate to mam wysiadac po drodze w Cerro Castillo. Tak zrobilem, znalazlem sie w miejscu gdzie jest tylko restauracja, budynek strazy granicznej i niewiele wiecej. Na horyzoncie szalala burza. Dostalem stempelek ze opuszczam Chile i poczalem wypytywac moim superprymitywnym hiszpanskim o transport do El Calafate. Znalezli sie jacys Anglicy, powiedzieli ze mam wsiadac do ich wana i tak znalazlem sie na tym samym wozku z ekipa angielskiego Channel 5. Wlasnie od dwoch dni probowali wydostac sie z parku, gdzie krecili czesc serii o lowieniu ryb w roznych zakatkach swiata. Glowna postacia jewst niejaki Robinson Green (siedzial obok kierowcy), ale nie znam goscia. Pozniej treoche z nim pogadalem, spoko typ.
W El Calafate znalazlem sie po 3 w nocy, glodny i zmeczony. Amerykanka, ktora "uciekala" rowniez z Chile i zalapala sie na telewizyjny busil, znala jakis hostel, gdzie znalazl sie kawalek podlogi zeby sie troche przespac.
To bylo trzy dni temu. W El Calafate odpoczalem, zjadlem conieco (fantastyczne argentynskie wypieku, owoce itp.).
Wczoraj pojechalem obejrzec niesamowity lodowiec Perito Moreno, z ktorego tysiace, setki tysiecy ton lodu z ogluszajacym loskotem wala sie do rzeki niemal na zawolanie.
Fajne miejsce, ale podporzadkoweane machinie turystycznej.
Dzis wyladowalem w El Chalten, takim prawdziwym argewntynskim przystanku Alaska. Mniej niz tysiac mieszkancow, za to niedaleko Fitz Roy i Cerro Torre, magiczne gory. Jutro ruszam do gory.