środa, 26 stycznia 2011

Fitz Roy sie nie dal

Powinienem powiedziec, ze skopal mi tylek razem z Cerro Torre. Obie magiczne gory nie raczyly ukazac swego oblicza, za to daly mi w kosc i obdarzyly jakims przeziebieniem, z ktorym eczylem sie przez ostatnie 5 dni.
Czego nie zapomne z pobytu w El Chalten to prawdziwa patagonska pogoda, ktorej nie mialem okazji dowiadczyc w Torres del Paine. Huraganowe, porywiste wiatry, od czasu do czasu deszcz i na dokladke pelne, piekace slonce.
W okolicach punktu widokoego na Cerro Torre wial wiatr jakos 160km/h: przewracal ludzi, nie dawal im isc dalej, podrywal masy wody z jeziora i rzucial nimi w ludzi i w okoliczne doliny.
Innej nocy, podczas pobytu w obozie Poincenot (najblizej Fitz Roya) przez osiem godzin czekalem az przestanie padac deszcz. Niestety godzine po tym, jak deszcz ustal nadeszly huraganowe porywy wiatru, jakiego jeszcze w namiocie nigdy nie przezylem.
Pomimo tylu wyrzeczen z masywu Fitz Roy wracam tylko z przeziebieniem :-).
Trzy dni temu wsiadlem w autobus i odbylem dwudniowa podroz do Bariloche. Podroz niezwykla, bo slynna trasa krajowa 40, biegnaca przez cala Patagonie az do Ziemi Ognistej. Droga ta, choc krajowa, w wiekszosci jest jeszcze droga gruntowa. To czyni z niej niezla gratke dla milosnikow przelajow. Sciagaja tutaj motocyklisci na terewnoym KTMach czy BMW, tlumnie jezdza tez kolarze, no i samochodzize w roznej masci Jeepach.
Wlasnie wyleguje sie w Bariloche, wlocze sie po miescie. Zdrowie jeszcze nie pozwala na wyjscie w gory, plany w zasadzie zniweczone, ale moze choc jutro wyjde i obejrze pejzarze piekne niczym szwajcarskie Alpy.