Wszystko zgodnie z planem, choc nie po myslil Peruwianczykow - zamykaja co sie da :-) Wczoraj muzea i restauracje, dzisiaj juz tylko restauracje. Wczoraj, troche zaniepkojony ciekawymi odglosami dochodzacymi z trzewiow i faktem, ze 1 stycznia to swieto i nic w centrum nie dziala, poszedlem do niedalekiej dzielnicy Miraflores. Dzielnice, ze tak sie wyraze, uptown: wypasione centrum handlowe wbudowane w nadoceaniczny klif (serio, rzeczy zbudowanych z taka fantazja nie ma za wiele nawet w Europie), ladne wiezowce, fajne knajpki i parki. Oczywiscie jest i lyzka dziegciu: te bogate i fajne posiadlosci i apartamentowce rozsiane sa w morzu zwyklych jednostek socjalnych: duzych blokow, w ktorych mieszkaja biedniejsi (nie nejabiedniejsi). W kwestiach pogodowych: mgla nadciagnela wczoraj znad Pacyfiku, ale nie byla to zwykla mgla, bylo to cos w rodzaju mgly - dymu. Pierwszym spostrzezeniem po wyjsciu z hotelu bylo "pala smieci, nikczemnicy". Chwile pozniej zauwazylem, ze musieliby miec tych smieci nad wyraz duzo, bo jakby wszedzie je palili. Ostatecznie zreflektowalem sie, ze to mgla. Chlodne powietrze z poludnia dociera do tych szerokosci geograficznych wywolujac taka wlasnie mgle. Poza tym odwiedzilem Park Kennedyego, Park Milosci i targ z peruwianskim folklorem. Nie bede wspominal o w sumie kilkunastu kilometrach dralowania wzdluz klifu i po miraflorskich avenidos. Dzisiaj wzialem sie w garsc i pojechalem to tego okrytego zla slawa centrum Limy. Zalecenia typu "nie bierz kosztownych rzeczy, nie bierz paszportu, nie bierz aparatu" pewnie sa prawda, ale... nie kazdego trafia piorun w czasie burzy :-). Kupilem sobie karte zblizeniowa na autobus do centrum (Metropolitano o ktorym wczesniej wspominalem) i po 20 paru minutach jazdy wyladowalem w podziemnej, dosc imponujacej (kto by sie spodziewal, toz to dziki kraj czy jakos...) Estadio Central. Stamtad wychynalem czy nie strzelaja i morduja ;-) i poszedlem w kierunku Plaza San Martin (podobno niebezpieczne jak cholera) i Plaza Mayor z palacem prezydenckim, katedra i jakimis ladnymi kolonialnymi domami z podcieniami. Popatrzylem na defilade kompanii honorowej peruwianskich zolnierzy (bylem krotko po 12-tej w poludnie), po czym ucieklem od slonca w cien katedry i palacu arcybiskupa. Niestety wejscie do katedry bylo niemozliwe (a ze moja znajomosc hiszpanskiego ogranicza sie do 5-10 slow, nie dowiedzialem sie kiedy mozna wejsc). Nieco znuzony upalem poczlapalem do pobliskiego Monastyru Sw. Franciszka. Ciekawe miejsce, zwlaszca katakumby ze szczatkami 70.000 niegdysiejszych obywateli tego miasta i okolic. Kupilem bilecik i odbylem wycieczke z przewodnikiem po komnatach i rzeczonych katakumbach. Ladnie sobie tu zyli franciszkanie, nie powiem :-). Po Monastyrze przeszedlem sie jeszcze po okolicach glownego placu, dotarlem do mostu na rzece Rimac, za ktorym zaczyna sie to "prawdziwe" miasto (wzgorza usiane slumsowymi domkami ciekawia...), ale wolalem nie kusic losu - miasto cieszy sie zla slawa wsrod turystow. Potem juz tylko jakis obiad - wyjatkowo ryba, frytki i salatka - bardzo pyszne, z mocno zaznaczonym smakiem limonki (w tutejszej kuchni wykorzystuja ja chyba po mistrzowsku). Potem juz szybki spacerek glownym deptakiem (nie pamietam nazwy, od Plaza Mayor do Plaza San Martin), potem jeszcze kawalek do Avenido Grau, autobus Metropolitano i po 20 kilku minutach bylem na powrot w bezpiecznych okolicach Barranco. Niby niewiele (choc slonca naprawde wiele, tak jakby w zenicie), ale zmeczylem sie.

Rzezba w Parque del Amor, w ktorym zagadnal mnie Japonczyk mieszkajacy tu od dwocj lat i znajacy 8 jezykow (holenderski tez)
Wytworna restauracja, w zasadzie juz na Pacyfiku
Ze szcytu klifu, przez mgle...
A tu centrum jandlowe w Miraflores. W tle chyba jakis hotel dla bogaczy.
Tu na pewno hotel dla bogaczy (Marriott czy cos...)
centrum Limy, palac arcybiskupa (jak widac kler tutaj zyl dobrze od wiekow ;-)
ladny budynek, charakterystyczna dla Limy drewniane balkony (czy cos tam, nie znam fachowego jezyka)
katedra przy Plaza Mayor
a to Miraflores, takie szerokie avenidos maja
Miraflores, widok z klifu (ktory to juz ?)
A to z cyklu malych spostrzezen: u nas mamy Teraz Polska, a oni taki made in Peru 
Fajne pogryzalki z maki kukurydzianej. Jak widac w kazdym kraju znajdzie sie cos, na czym mozna sobie zlamac zeba.
Takiego trunku mozna sprobowac tylko w Ameryce Poludniowej. W zasadzie jest to mocno slodzona woda, zeby bylo ciekawie zawiera to, czego kole znanych koncernow nie maja juz od dawna - prawdziwa kofeine.
Supermarkety maja nawet !!!
Troche widokow Miraflores.
