Varkala wydaje sie byc takim malym indyjskim tygielkiem, Kalifornia w mikroskali, czy czyms w tym stylu. Tutaj mozesz, ku swemu zdziwieniu dowiedziec sie, ze sa Nepalczycy, ktorzy szaleja przy muzyce techno do 2 w nocy, zdarzaja sie Tybetanczycy sluchajacy Rolling Stonesow i Boba Marleya. Tutaj zdarzylo mi sie tez spotkac hinduskich "harleyowcow" - 3 braci, Sikhow z Kaszmiru, ktorzy prowadza tutaj sklep z przepieknym kaszmirskim rekodzielem (tkaniny nawet na mnie zrobily wrazenie, chociaz sie nie znam i nie interesuje), a kilka razy w roku organizuja dla przyjezdnych motocyklowe tripy po calych Indiach (kolo 5 tysiecy km). Maja kilka solidnych Royal Enfieldow z silnikami 350 i 500 cm i sobie nimi jezdza. Tez sie przejechalem, jako pasazer i chyba lepiej miec motor w Indiach niz samochod (przynajmniej w poludniowych).Jeden z hindyjskich pogryzalkow, takie cos jak chipsy u nas, tylko bez chemii, za to z tluszczem niechybnie. To akurat zrobione jest z maki ryzowej plus oczywiscie niezwykle przyprawy. Od otwarcia paczki do jej oproznienia w moim przypadku mija gora pol godziny (az se zeba zlamalem).
Wspominki z Sivananda Ashram, najprzyjemniejsze czywiscie, czyli zarelko :-). W srodku dosa (nalesnik) i ryz z sambarem (wywar z pomidorow, mango, melonow, chili i innych rzeczy ktorych nazw ani ksztaltu nie znam), u gory od lewej slodki prasad, dalej cos o skomplikowanej nazwie, pod wzgledem smaku numer jeden, dalej przasna kapucha i salatka z surowych waryw. Nie ma sztuccow oczywiscie, bo po co :-).