piątek, 9 stycznia 2009

Jaisalmer - zlote miasto... krow

Przecietny osobnik z Polski moze zaprezentowac tutaj walory wytrzymalosciowe organizmu rankiem. Wystarczy wyskoczyc w krotkim rekawku o 8 rano, gdy temperatura wynosi jakies 10 stopni. Tubylcy ubieraja welniane albo polarowe czapki i owijaja szyje szalikami. Niektorzy zakladaja szaliki na glowe w stylu "zab mnie boli".
Wiec wyskoczylem z tobole o 8 rano i podreptalem do ulubionej piekarni po kaczori i samosy na droge. Potem zlapalem riksze.
Autobus do Jaisalmer 9.04 dosc mile mnie zaskoczyl. Co prawda mial zamiast klaksonu cos, co brzmialo jak syrena okretowa, ale nie bylo tego specjalnie slychac. W autobusach w Karnatace mialem wrazenie, ze klakson jest skierowany do srodka kabiny ;-).
Kolejne mile zaskoczenie to drogi: doskonale i rowne. To pewnie zasluga strategicznego polozenia tego regionu, w koncu stad niedaleko do granicy z Pak. Tak w tutejszych gazetach okresla sie, chyba pogardliwie, Pakistan. I rzeczywiscie, gdzieniegdzie widac stacje radarowe na pustynnych wzgorzach, a im blizej Jaisalmeru, tym wiecej bardzo ruchliwego wojska.
Po 5 godzinach przyjemnej jazdy (a spodziewalem sie drogowego horroru) dotarlem do Jaisalmer, gdzie dalem sie od razu zgarnac zgarniaczowi do hotelu z noclegiem za 80 rupii.
Sam Jaisalmer przypomina labirynt, z tym ze scianami labiryntu nader czesto sa krowy. Czasami trzeba niezle miedzy nimi kluczyc :-).
Kolo - wlasciciel hotelu organizuje tez safari wygladajace na przyzwoite. 3 pelne dni na pustyni, w duzej czesci poza ruchliwymi trasami turystycznymi. Tak to przynajmniej powinno wygladac. Tak wiec jutro rano wyruszam i nie bedzie mnie do poniedzialku. Do uslyszenia!

Wiewiorka dokonczyla moj ostatni obiad w Jodhpurze.

Po drodze do Jaisalmer.


Pierwsze spojrzenie na Fort Jaisalmer.
Drugie spojrzenie.

A to jedna z niezwyklych haveli, czyli domow chyba. Fasada fantastycznie rzezbiona w piaskowcu...

...Co widac na tym zdjeciu.