czwartek, 8 stycznia 2009

Zaluje, ze...

To ostatni dzien w Jodhpurze. Jeszcze 2-3 dni i nie moglbym sie stad ruszyc. To miejsce da sie lubic. Przyjemnie jest wyjsc rano, zanurzyc sie w strumieniu ludzi, pojazdow i zwierzat. Zagubienie sie w gmatwaninie ulic i zaulkow, wedrowanie przed siebie bez pytania o droge to swietna rozrywka. Mozna dotrzec do miejsc, gdzie bialas jest traktowany niemal jak ufoludek (co bylo norma w innyc, mniej turystycznych miejscach, jak Bijapur i Solapur).
Miejscowi nie sa specjalnie nachalni, nie probuja sprzedac kurzu z lady, czy wypastowac sandalow za 10 rupii. Rikszarze szybko sie ucza, ze ten kolo nie chce, zeby mu co chwila podwozic jedna stope do drugiej, gdy tylko zrobi krok :-).
Poza tym to, co bylo na poczatku chaosem, powoli sie porzadkuje. Potrafie juz dotrzec z mojej miejscowy do wiezy zegarowej pytajac o droge mniej niz 10 razy. Od wiezy natomiast moge dortzec wszedzie: do gornego fortu, do dworca kolejowego czy autobusowego, do ulubionej piekarni z samosami i kaczori, do Omelette Shopu...
Jeszcze tydzien i daloby sie smigac po miescie. Ale czas na zmiany. Trzeba obejrzec drugi z trzech wspanialych zamkow na piasku - Jaisalmer. No i rozciagajace sie u jego stop zlote miasto. Blekitne juz znam :-).
Jeszcze jeden widok na Meharganh.

A to mauzoleum maharadzow - Jaswant Thada.




Widok ogolny, przynajmniej widac jak to wyglada z boku.

Przed zachodem slonca.


Miasto w cieniu wielkiej gory.


Poranek w Jodhpurze. Filizanka chaiu z lokalesami :-).

Normalnie mnie zamurowalo... Wypatrujcie hindusow w Inie :-).

A to maszyna do wyciskania dobrego soku z trzciny cukrowej. Oczywiscie dobrego w zaufanych miejscach, bo co niektorzy dolewaja zwyklej wody, a wtedy moze byc nieciekawie.