wtorek, 13 stycznia 2009

Camel safari - hinduscy sprzedawcy zlewow

Lata temu pewna grupa studentow, poruszona pewnymi wydarzeniami, uknula termin "sprzedac komus zlew", co o ile dobrze pamietam, oznaczalo "wcisnac komus kit", "sciemnic kogos", czy "zrobic z kogos frajera". Zapewne owa grupa studentow nie wiedziala (nie wiedzieliscie ?), ze okreslenie to mozna uczynic cecha narodowa pewnej nacji. Indie to gigantyczny supermarket ze zlewami, zlewozmywakami, wannami i wszelkimi innymi urzdzeniami sanitarnymi. Oczywiscie wiekszosc asortymentu jest podlej jakosci, zepsute lub uszkodzone. No co jednak umiejetnosci ponad miliarda sprzedawcow pracujacych w tym supermarkecie! Oglupialemu, zdezorientowanemu i nieprzygotowanemu na wielki szwindel bialasowi potrafia oni wcisnac wszystko. Nawet stare, przerdzewiale wiadro sprzedadza jako najnowszy, 14-komorowy model superzlewu z najlepszej stali nierdzewki, do tego z wbudowanym automatycznym podajnikiem naczyn i dozownikiem plynu :-).
Dosyc przenosni, jak to sie ma do camelowego safari?
Na poczate moje osobiste odczucia: otoz po pierwszym dniu stwierdzilem, ze kolibanie sie na grzbiecie wielblada jest ciekawe moze przez pierwsze 2 godziny. Potem staje sie to nudne. Wole juz lazic na wlasnym nogach. Poza tym zwierze sie meczy, przewodnik tez sie meczy (zwlaszcza jak jest chory), itd.
No to teraz obiektywnie:

  • powiedziano mi, ze oprocz mnie na safari beda jeszcze 1-2 osoby, po przybyciu na miejsce bylem sam; na pytanie gdzie pozostali uczestnicy odpowiadali mi, ze dolacza pozniej, po jakims czasie, ze moze dolazca, moze nie... Ot hinduskie sciemnianie,
  • zaplacilem za jaks podobno ekstra standard; no to nie wiem czy to byle lepsze zarcie, w takim razie opcja standardowa jest kawal czapati na twarz i kubek wody,
  • a moze ekstra usluga bylo martwienie sie o chorego przewodnika, ktory mial temperature, pod koniec dnia ledwo zyl, itd. itp.,
  • totalne sciemnianie na temat ceny, slyszalem ze inni placili za to samo safari 950 rupii za dzien, widac Hindus mysli, ze moze sciemniac i oszukiwac rowno wszystkich, zaleznie od potrzeb.
  • obsesyjne unikanie kontaktow miedzy turystami z roznych safari, znaczy boja sie wymiany informacji o cenach i standardzie uslug, nawet pod koniec mojego safari wielblady przekazywane byly nowym "frajerom" paredziesiat metrow dalej, zebysmy bron Boze nie zamienili nawet jednego zdania.

Mozna by wymieniac jeszcze wiecej, ale to hcyba wystarczy. Podsumowujac: w Jaisalmer camel safari mozesz zamawiac w dowolnej mozliwej opcji. Mozesz nawet zazyczyc sobie safari na Ksiezycu, a juz oni znajda jakas halde zuzlu, zabiora cie tam w nocy i powiedza, ze jestes na Ksiezycu. Przykladem moze byc para Japonczykow, ktorzy zaczynali safari rowno ze mna, a mieli zyczeni, by dotrzec blisko granicy z Pakistanem. No to wyladowali pod koniec pierwszego dnia na tych samych wydmach co ja (rzecz jasna jakis kilometr dalej, zeby nie bylo kontaktu). To co mi przewodnik opisal po prostu jako swiatla jakiejs wioski za wydmami, dla nich stalo sie oznakami zyciu juz po drugiej stronie granicy :-). Proste ?!

Po calej tej przygodzie wiem jedno: jesli podrozowac po Indiach, to maksymalnie na wlasna reke! Za jakiekolwiek hinduskie pseudo-produkty turystyczne warte wiecej niz 500 rupii z gory kategorycznie dziekuje. I wam radze to samo. No chyba, ze chcecie kupic zlew ;-).

PS. Zeby nie bylo, ze nic fajnego w tym nie ma: fajne sa obozy, przygotowanie posilkow (BHP jest oczywiscie fikcja, ale wszystko sie ostro gotuje na drewienku i, ekhmm... czasami krowim lajnie :-) i nocka na wydmach tez moze jest niezla, wschod i zachod slonca... No i to chyba koniec.